Traktat o śmierci

 Aby dogłębnie zrozumieć na początek czym jest śmierć, trzeba najpierw sięgnąć po jej definicję. Otóż śmierć jest to najprościej mówiąc zakończenie życia; ustanie funkcji życiowych organizmu lub też metaforycznie koniec jakieś zjawiska. Ale czymże jest to życie, o którym mowa? Właściwie nikt do końca nie wie. Można je zdefiniować jako szereg czynników i przemian chemicznych oraz fizycznych w tworach żyjących zwanych organizmami. Organizmy wykonują takie czynności życiowe jak odżywianie, rozmnażanie, wydalanie etc. w celu utrzymania homeostazy, czyli wewnętrznej równowagi. Mogą się składać z jednej komórki lub z wielu komórek, budują je kwasy nukleinowe oraz białka. Reagują na bodźce, potrafią się ruszać i poddają się wpływom otoczenia ewoluując. To wszystko nie jest zbyt zaskakującą wiedzą. Prawdziwie zagadkowa jest jednak bezpośrednio związana z tematem życia kwestia: jaki był jego początek? Oraz co się dzieje, gdy nastąpi jego koniec?

Sprawa początku życia początkowo może wydawać się trywialna. W wielu organizmach rozmnażających się płciowo wygląda to następująco: samiec wytwarza plemniki, z których niektóre następne łącząc się z jajeczkiem w drogach rodnych samicy, zaczynają rosnąć, aż w końcu staną się na tyle gotowe, aby wyjść samemu na świat. Jaki jednak początek mógł mieć pierwszy organizm? Skąd się on wziął? Był to rzecz jasna organizm o wiele mniej skomplikowany od nachalnego rozmnażania płciowego, ale musiał wszak powstać z jakiejś przyczyny. Jak dotąd nie zaobserwowano aby jakaś skała wydawała na świat życie. Dla wielu ten fakt jest wyraźnym potwierdzeniem istnienia Boga, jednak nie mogą udowodnić tego w żaden sposób. Wiara nie jest dowodem naukowym, tak więc moje przypuszczenia na tematy, których nauka nie może podjąć, nie będą zupełnie obiektywne. 

Życie to wbrew pozorom zbiór i kombinacja paru pierwiastków. Szansa na to, że akurat te wszystkie pierwiastki spotkały się w idealnym miejscu i czasie aby zaistniało dzięki nim życie jest znikoma, ale nie zerowa. Mimo wszystko jako ludzie nawet nie potrafimy wyobrazić sobie świata bez życia, a sama myśl jego unicestwienia przyprawia nas o dreszcze. Jest to niejako ograniczona perspektywa, bowiem jeśli życie jest naturalną rzeczą, to śmierć jest jeszcze bardziej naturalna; a więc nie ma się czego bać bowiem natura nie ma w zwyczaju robić nikomu złośliwości. 

Patrząc na to od strony fizycznej rodzi się nam tutaj jednak pewien paradoks. Życie bowiem nie może zostać stworzone od tak sobie. bowiem jest energią, a energia nie może zostać stworzona. Analogicznie ze śmiercią - śmierć nie może być nagłym pryśnięciem materii z czasoprzestrzeni, albowiem energia nie może zostać stracona. Prawo zachowania energii jest jasne - energia może być jedynie przekazywana dalej, co z kolei by oznaczało, że jest ona skończona. Problem stanowi tu istnienie większej ilości cząstek niż antycząstek, ale to już temat na inną pracę. 

Nie więc w znaczeniu dosłownym czegoś takiego jak ostateczna śmierć; jeśli istnieje coś takiego jak energia życiowa, to w chwili końca ona po prostu przechodzi dalej, być może ożywiając coś innego. Oczywiście to bardzo metaforyczne porównania, ale chociażby energia kinetyczna bijącego serca - ona musi gdzieś się przenieść. A więc gdy dana osoba umiera, to tak naprawdę jej energia nie znika całkiem. Po prostu zmienia swoją postać. 

Przykrawa to nieco o reinkarnację, ale owo stanowisko nie jest zwykłą wiarą, a stwierdzeniem faktów. Być może to fakt, dla którego o wiele mniej przywiązuję się do odejścia innych ludzi - zwyczajnie wiem, że całkiem nie odeszli. Narodzili się jako przedstawiciele gatunku homo sapiens z typową dla niego plątaniną neurologiczną, pozwalającą im myśleć o sobie jako o człowieku, czyli być świadomym samego siebie i nadać sobie imię. Jednak to nic innego jak plątanina złożoności mózgu. Samoświadomość to nie jest cecha indywidualna ludzi, posiadają ją również niektóre wysoko złożone zwierzęta, za to niekiedy można odczuć wśród pewnych ludzi z zaburzeniami rozwoju jakoby ta właśnie świadomość była u nich zdegradowana. Wysnuwam hipotezę, że samoświadomość to nic innego jak dany stopień skomplikowana synaptycznego i twierdzę, że w przyszłości gdy ludzki iloraz inteligencji ulegnie zwielokrotnieniu nasz mózg odkryje w sobie nowe, złożone funkcje, o których obecnie nawet nam się nie śniło.

Zwyczajnie nie potrafimy sobie tego wyobrazić, tak jak nie potrafimy instynktownie tak jak ptaki wyczuć biegunów magnetycznych Ziemi i tak jak ryba nie potrafi sobie wyobrazić, że to stworzenie w lustrze to ona sama. 

Myślę, że po śmierci nie dzieje się nic. W ciągu życia nasze komórki mózgowe dorastają do pewnych etapów, w których ich złożoność dotyka stopnia, w którym mogą być one świadome same siebie, aż ten etap się kończy, zwykle przez uraz fizjologiczny. Wcale nie istniejemy jako dusze, a jedynie jako wytwór własnej wyobraźni naszego skomplikowanego jak cholera mózgu. To fascynujące, nieco przerażające. Ale to jedyna prawda jaką jestem w stanie zaakceptować. 

I dlatego nie mogę bać się śmierci. Bo tak naprawdę nie umrę, tylko ulegnę przekształceniu. Moje komórki powoli zaczną rozpadać się w pojedyncze atomy, które znowu zaczną zlepiać się w inne sekwencje. Pozostanę spuścizną w przyrodzie, ale nie odrodzę się jako kolejny człowiek czy nawet kot, bo moja dusza nie będzie czekać w jakiejś mistycznej kolejce w zaświatach. Rozpłynę się wraz z moją świadomością i nigdy nie będę mogła mieć pewności, czy reszta świata nie rozpłynęła się razem ze mną. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nadzieja