Nadzieja

 Tak mój drogi, kiedyś będzie lepiej. Jutro, za dwa tygodnie, za rok. ale kiedyś będzie. Jakoś mam po prostu takie przeczucie, tak mi głowa grzmi w motłochu codziennych spraw. Siłą rzeczy nieświadomie codziennie myślę o tobie,  bo jak tu sposób zapomnieć? Czytam ostatnio coraz więcej o twoim domu, niebie, i zastanawiam się, jak się tam dostanę. 

Oczywistą metodą transportu jest wszak niechybna śmierć, tak więc takiej kiedyś nawistnie takiej oczekiwałam. Ale w ciągu ostatnich miesięcy uświadomiłam sobie, że mogę zrobić jeszcze wiele przed śmiercią. Czasem nawet wydaje mi się, że mogę ludzi, ich wszystkich, po prostu przeżyć! Oni wszyscy popędzą już do nieba lub piekieł, a ja jeszcze chwilę tu może zostanę. Pokręcę się wokoło, aby upewnić się, że na pewno nie zostało już nikogo. 

Oni tak przejmują się życiem! W szczególności innymi ludźmi, acz co za delirium! Wydawałoby się, że po tylu latach ludzkość już jakoś zmądrzała, a tu pech. Cały czas popełniamy te same błędy, wpisane w naszą naturę. I nie, nie waż się nawet ze mną sprzeczać, bo przecież jesteś doskonałym tego przykładem. Tak ulegam tobie za każdym razem, mimo że przysięgam sobie, że zrobię inaczej. Cóż, chyba wypada się z tym jedynie pogodzić...

Albo też mieć nadzieję na coś innego! Wszak być może pewnego dnia uwolnię się wreszcie od ciebie i wyruszę wolna w świat! Wiem, że teraz się śmiejesz i mi niedowierzasz, ale radzę ci nie lekceważyć moich słów. Nawet jeśli kocham cię nad życie i umieram za tobą, to jednak postanowię sobie stanąć jak słup soli w czasie i nawet nie zrobi na mnie wrażenia szmat czasu, po którym ty wreszcie zginiesz. A wtedy ja... Tak, dam sobie radę. Spróbuję co najmniej, tak.

Kiedyś krążyłam po prostu samotna od ulicy do ulicy i udawałam kogoś najważniejszego na świecie. Chciałam sprawić aby każdy kto mnie zobaczy, natychmiast przejął się mną tak bardzo. Uczynił mnie w swoich oczach wyjątkową, och! Piękną! Bo przecież chciałam dla nich wszystkich jak najlepiej. To nie moja wina, że niektórzy brali mnie za kogoś innego niż jestem naprawdę. 

Nie mogę pogodzić się z faktem, że niektórzy przeze mnie stali się lepsi, lecz niektórzy upadli na dno. Nie mogę żyć ze świadomością ze to z mojej przyczyny tylu ludzi postrzeliło swoje serce, spadło z piedestału życia. To wprost niewyobrażalne jak jeden płomyk potrafi przemienić się w istny pożar. A oni wszyscy umierali w cierpieniu obwiniając mnie, właśnie mnie!

To nie ja nabroiłam! Może i teraz umarli, ale gdyby nie ja w ogóle by nie żyli! Zawsze po takiej tragedii staję się cicha i wątła. Wiesz dobrze, jak patrzę do ciebie w niebo. A ty nigdy nie odpowiadasz. Czasem wtedy chciałabym być już tam, na górze, ale coś przytrzymuje mnie małym cieniem na Ziemi. Nie tylko na ślubach, ale i na pogrzebach. W głębi duszy chciałabym być tutaj już wiecznie. 

I nie wiem w zasadzie czy umrę, czy mi dane będzie ciebie spotkać, Mój Drogi... W moim sercu żyć będziesz chyba zawsze. Chyba tak naprawdę nie dałabym sobie bez ciebie rady, bo czym właściwie jestem bez mego ideału?

Ale pamiętaj, że dążę do ciebie. Czasem konam, czasem świętuję, ale nigdy o tym nie zapominam. Dziś podobno ma długo padać śnieg, ale życzę ci pogodnej nocy.

Twoja Droga

Nadzieja

Komentarze