Pogodność w wietrze słonecznym

 Kolejny dzień, kolejna śmierć. Poczułam jak mimowolnie blednę, a moje oczy żółkną jakby podrażnione solą. Nie mrugałam wcale, ale niewiele widziałam. Wciąż w moich uszach słyszałam ten skowyt. Skowyt najgłębszego bólu, cierpienia czystego i letalnego. Dzwonił mi i drapał po ścianach umysłu dźwięk czegoś co dało się tylko określić wewnętrzną anihilacją. Uczuciem jakoby cały świat był przeciwko tobie i pochłaniał cię sprowadzając do zera - a mimo wszystko jeszcze cudem oddychasz i potrafisz przechodzić przez te męki Tantala. 

Być może to życie nie byłoby piekłem, gdyby nie istniał raj. Miejsce w przeszłości, w którym wszystkie troski rozwiewa chłodny, kojący wiatr, a błogość zastępuje strach. Kiedyś, kiedyś dawno spędzałam cały mój wolny czas raczej samotnie. Przypominało to zabawę na nagim polu, gdzie jedynym kompanem do zabawy jest własna wyobraźnia. Ale jednego tylko dnia stało się coś z goła innego; przypałętał się do mnie jakiś tajemniczy duch i z niejasnych powodów nie chciał odejść. Słońce powoli zachodziło. Gdy nadeszła noc, jakimś niezrozumiałym impulsem doszła do mnie myśl. 

Weź ją, weź tę noc i ten zachód, upakuj dokładnie i szczelnie do serca i pilnuj, by nie przepadły na zawsze. Przez resztę życia trzymałam się tych chwil kurczowo, jak gdyby chciały uciec gdy tylko odwrócę wzrok. Nosiłam w sobie niepokój, że ten duch, te gwiazdy mogą po prostu zaraz zniknąć. Wyparować, jak wszystkie inne momenty, których nie przeżyłam.

I wyparowało. Nie wiem ile dób później, lecz to była też noc. A następnie dzień i znowu noc. Stopniowo wszystko zaczęło się zmieniać, przeinaczać w wojnę; na śmierć i katusze. Trzymałam i ściskałam przez ten cały czas mój zachodni wieczór, kiedy pewnego razu zorientowałam się, że on po prostu zgasł.

Wojna była tak złym miejscem. Była szaleństwem. Narodziła się w głowach ludzi, a więc także w nich musi się zakończyć. Być może to właśnie istota wojny? Cała masa, która wcale tak naprawdę nie chce walczyć ale podporządkowuje się paru jednostkom, obsesjom, które tkwią w zawiści. 

Taka sama walka toczyła się w moim mózgu, gdy zdesperowany chciał uciekać i odkryć kawałek świata, w którym ostał się jego spokojny wiatr, a jednak stał milcząco na surowej ziemi. Dzierżył dlań broń, którą gotową był działać w imię najpotężniejszej siły. Ale to wszystko było tak męczące, tak, tak ogniskowo wyczerpujące, że cień wspomnieć dobroci tylko tlił się miernie podczas gdy on umierał. Wojna zaczęła i straciła się w nim.

Podżegałam wobec niej bunt, ale kim byłam by to zrobić... Patrzyłam na swoje ręce i widziałam małe, mizerne jednostki, zdolne do zwątlenia w ułamku chwili. Dla wszechświata to było nic, dla wszechświata koniec takiej duszy jak ja byłby tylko mgnieniem w sekundzie świetlnej. I nieważne jak bardzo ktoś chciałby mnie wtedy przekonywać, że me stopy i tak przebyły wiele i że i tak spędziłam z duchem tak dużo czasu. To nie było nic ważnego. Ma mierność mnie przytłaczała i jednocześnie odpuszczała ze mnie wszelkie kamienie ciążącego obowiązku. Wtedy pamiętałam i o słodkich zachodach słońca i o nocach strzelanin. I nic nie wydawało się ważne. 

Ale nikt nie mógł tego wtedy zrozumieć. Postawiłam krok naprzód, czując na skórze szarpanie poszklonej ziemi. Rośliny żyły w symbiozie z pociskami, a zepsute karabiny z kryjącymi się w nich myszami. Na chwilę ucichły wybuchły. Na polu dawnej bitwy zawiał chłodny, kojący wiatr. Grunt przyciągnął me kolana aż na dół, a usta samoistnie powędrowały do skromniutkich listków stokrotek. Po horyzont rozciągał się pokój.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nadzieja