Niebo
Był raz jeden człowiek. Przemierzył on w ciągu swojego życia tak wiele gór i dolin, że niemal dotarł na koniec świata. Pewnego razu w trakcie jednej ze swoich wypraw, zabłądził. Znalazłszy się w nieznanym dotąd miejscu, w pewnej chwili przeniósł swój wzrok w dół. Pod wpływem widoku wprost oniemiał. Pod jego stopami kłębiła się warstwa chmur, a obok rozcierał się obraz odległej planety Ziemia. Człowiek na początku musiał być bardzo zdziwiony, lecz nagle zrozumiał że znalazł się w niebie.
Nie wiedział do końca, w którą stronę zmierzać - w końcu znalazł się w świecie całkiem niezbadanym i obcym! Nie obawiał się jednak, że stanie mu się krzywda, wszak niebo to przecież kraina dobroci i miłosierdzia. Postanowił iść przed siebie.
Szedł po miękkiej, zielonej trawie. Jej źdźbła były dla nóg niczym aksamit, delikatnie skropiony w orzeźwiającej rosie. Niebo mieniło się w morskim błękicie. Zza horyzontu zaczęły pojawiać się budowle - piękne altany, eleganckie budowle w kształcie łuków. W powietrzu unosił się zapach konwalii i czegoś, co można by nazwać jedynie ambrozją.
Wokół jeziorek, przystani i pomników przechadzali się swobodnie ludzie.
Byli oni w różnym wieku. Kobiety, mężczyźni, jak i dzieci. Każde wyglądało inaczej: wyróżniali się różnymi kolorami skóry, różnymi fryzurami, twarzami i ciałami. I to właśnie ciała niektórych zaniepokoiły człowieka.
Część wyglądała zupełnie normalnie, jednak część wyróżniała się makabrycznie. Pewna pani o bladej jak ściana, niemal zielonej twarzy miała łysą głowę i mizerne, kruche ciało. Jednemu mężczyźnie krew oblepiała całą pierś, w której znajdował się niewielki otwór, najwyraźniej stworzony przez przelatującą kulę. A mały chłopiec biegał wokoło radośnie, mimo iż cała jego skóra była pokryta okropnymi grudkami.
Ci ludzie musieli tragicznie umrzeć, pomyślał człowiek. Nagle w jego głowie zrodziła się oczywista, acz przerażająca myśl. Czy to znaczy, że on też umarł? Natychmiast ogarnęła go panika i napięcie. Rozejrzał się dokładnie wokoło i tak, wszyscy wokół musieli być martwi. A to znaczy, że on też!
Ruszył przed siebie, jakby próbując znaleźć wyjście z tego koszmaru. Jego życie było za krótkie, zbyt piękne by w takim momencie umrzeć! Wielki żal i cierń grały w jego sercu, podburzając falę niezgody. Tak bardzo chciał wrócić do swojego domu; że choć miejsce, w którym się znajdował było rajem on czuł się jak w czeluściach doliny goryczy.
W miarę jak zmierzał w nieznane, krajobraz zaczął się powoli zmieniał, Nieskazitelna trawa zaczęła płowieć i stawać się coraz bardziej sucha. Żywe niebo zaczęły przyciemniać chmury. Z powietrza ulotnił się się miły zapach.
Budynki ludzkie zniknęły z pola widzenia, tym samym zniknęli i ludzie. Na środku pustkowia jednak człowiek odnalazł wzrokiem się nie za duży kościółek. Jego obecność nie pasowała do reszty otoczenia. Zaintrygowany człowiek, choć wciąż przeszyty strzałą rozżalenia, nie mógł oprzeć się pokusie zobaczenia co jest w środku.
Gdy dotarł pod świątynię, wyciągnął rękę i ostrożnie uchylił wieczne drzwi, które otworzyły się z niemałym łoskotem. Bacznie wszedł do środka. Wnętrze sali chłodno oświetlały wpadające zewsząd promienie słońca. Wielobarwne, idealistyczne witraże w oknach zamieniały swój cień w spektakl świateł. Część szyb w okiennicach została jednak stłuczona. Ściany i podłoga były wyraźnie stare i pobrudzone od pyłu i kurzu. Za to fragmentu podłogi... nie było. Wyglądało jakby została zniszczona i wyburzona.
Nad ziemią na małej pozostałości ławki siedział ktoś. Był to kościotrup. Bawiący się z bańkami kościotrup.
Kościotrup? Ten widok zdziwił człowieka. Przecież wszyscy inny, których spotkał wyglądali jak względnie normalni ludzie. Postanowił dać znać o swojej obecności.
- Przepraszam, czym ty jesteś? - zapytał bez zawahania. Mała trupia głowa obróciła się ku niemu, pochylając się w niezrozumieniu.
- Ja? A ty, kim jesteś?
Człowiek przez chwilę nie wiedział co odpowiedzieć. Tak bardzo zaskoczyła go odpowiedź groteskowego stworzenia, że aż osłupiał.
- Nie odpowiada się pytanie na pytanie, młodzieńcze. Czymkolwiek właściwie jesteś - wyburknął rozdrażniony. - Ja jestem Człowiekiem; podróżnikiem, bogaczem, odkrywcą. Jestem pionierem losu i własnym sobie kompasem!
- Albo chyba byłeś... - podpowiedział szkielet delikatnie.
Dech opuścił piersi człowieka. Nagle zmarkotniał, jeszcze mocniej sfrustrowany. - ...Tak? Jeśli jesteś taki mądry, to lepiej sam się przedstaw. Zapewne nigdy nie dorastałeś mi nawet do pięt.
- Tylko jeśli ty najpierw opowiesz mi o sobie - zażądał.
Człowiek przymrużył oczy niewybrednie. Zabrał w końcu zdecydowanie głos:
- Jak mówiłem jestem Człowiekiem.. Wiodłem, nieskromnie mówiąc, wyborowe życie - prychnął śmiechem - Tak bym powiedział. W młodości zostałem wojskowym. Służyłem i szkoliłem się przez lata, aż w końcu został przyznany mi zasłużony stopień generała. Dowodziłem operacjami wojskowymi i misjami. Jednak w pewnym momencie przestałem już wypruwać sobie żyły jako żołnierz walczący. Zostałem podróżnikiem i zacząłem prawdziwie odkrywać świat - uśmiechnął się. - Właśnie byłem w trakcie jednej ze swych wypraw, kiedy utraciłem łączność z nawigacją. Zabłądziłem i wędrując tak we mgle, przypadkiem znalazłem się tutaj - zmizerniał. - To co, odpowiesz mi wreszcie co ty tutaj robisz?
- Ja, cóż... Odbijam bańki.
- Ale dlaczego?
- Nie powiem.
- Co? - zniecierpliwił się człowiek. - A niech cię szlag! Jeśli nie chcesz rozmawiać, to nie. Widać, dlaczego jesteś tutaj sam, a inni nie chcą z tobą rozmawiać.
Kościotrup spochmurniał. Spuścił delikatnie głowę i na chwilę przestał odbijać bańki. Wpatrywał się na kosmos pod jego stopami pełen gwiazd i komet. Omijał wzrokiem swój dawny dom. Zapadł moment ciszy, nieskrępowanej, lecz melancholijnej.
- Urodziłem się tam na dole, zupełnie tak jak ty - zabrał w końcu głos. - Miałem rodziców, miałem dom i latawiec. Ale pewnego dnia przyszli ludzie i wszystko zabrali. Moja mama nagle była zimna, a mój dom za ciepły i parzył. Musiałem uciekać. Oni zabrali mi mój latawiec. Tam na dole - wskazał palcem - nie było dobrze.
Pamiętam tylko szare dni i suchą ziemie. To że, burczało mi w brzuchu. Byłem w mieście wśród tysięcy ludzi, ale czułem się taki sam. Ten gwar i hałas sprawił, że prawie ogłuchłem.
Kiedyś kiedy się bardzo skaleczyłem, jakiegoś pana zdenerwował mój płacz i dał mi bańki, abym przestał.
Podniósł brodę, z powrotem zerkając na mydlane obłoki w powietrzu. Mieniły się niczym tęcza i pochłaniały uwagę małego kościotrupa. Przerywając swą opowieść uniósł w górę swe białe ręce i próbował ich dosięgnąć. Wkrótce jednak powrócił myślami do swojego stojącego nieopodal towarzysza i ponownie zaczął mówić:
- Podziękowałem mu i zacząłem się bawić. Dużo dzieci puszczało bańki, ale żadne chyba tak często jak ja. Lubiłem to, bo były ładne i kolorowe. Chciałem się nimi bawić jak balonami, ale one zawsze pękały. Bańki były piękne, ale nie były w moim zasięgu.
Żeby jakoś przeżyć, chowałem się w różnych miejscach. Często nocowałem w takim niedużym kościele... Ale ludzie nieopadal zaczęli być dla siebie jeszcze bardziej źli. Pewnej nocy obudziło mnie tykanie i syk. Obok ławki, na której spałem, leżało jakieś zawiniątko. A potem nic nie widziałem.
Człowiek oczekiwał na kontynuację opowieści, ale po chwili milczenia zrozumiał, że jego kompan już skończył. Zmarszczył brwi. pochylając się nad losem marnego szkieleta. Nie wiedział co powiedzieć. W końcu przysiadł na ławie tuż obok niego.
- Popatrz tam - zaczął - widzisz światła, o na tamtym wybrzeżu? - wskazał ręką.
- Tak.
- To tam był mój dom. Tam się wychowałem, też byłem dzieckiem, zupełnie jak ty - westchnął. - Nie mogę sobie wyobrazić, że to już koniec. Że już nie ma nic potem, że już czas się nie liczy. Gdzieś tam czeka na mnie miłość, cała rodzina, całe życie... Którego już nie odzyskam - dodał łamiącym głosem. - Czy ciebie to nie boli, że umarłeś? Na dobre i na złe, na zawsze?
- Nie - odpowiedział kościotrup, machając nóżkami. W dłoniach toczył wiszące w powietrzu mydlane obłoki, lśniące i wesołe.
- Na ziemi nie było dobrze. Było zimno i głośno. Bolało mnie i bolało mnie to, że wszystkie bańki, które chciałem dotknąć, umierały. A tutaj jest mi lepiej. Nie słyszę tykania i strzałów. Mogę się bawić i wreszcie nie boli. Wszystkie bańki, które wypuściłem doleciały już do nieba.
Człowiek nie wiedział co powiedzieć. Przeszło mu przez myśl pytanie, który z ich dwójki naprawdę cierpiał mniej.
Komentarze
Prześlij komentarz