,,Okruszki w kosmosie" Nieoficjalne

     Czysta, biała kartka. Niewiele widzę, lecz zamierzam ją zaplamić. Wzrok mi niepotrzebny.
    Czy widzisz to pulsowanie księżyca? Ma on swoje fazy, składające się na pełen cykl. Czy miały one wpływ na to kim jestem?
Lustra i ludzie mówili różne rzeczy. Lustra nie chciały uwierzyć w me odbicia, ludzie zaś w to, że jestem człowiekiem. Nie widzieli mnie we mnie, a jedynie odrażające stworzenie, coś niemoralnego i popsutego. A ja samemu także już nie wiedziałem, czy mają rację, czy nie. 
My wszyscy, arsenał ludzki, widzimy trochę jak w ciemni. Wszak potrafimy pisać i tworzyć gdy wzroku nam brak, jednak co to za tworzenie? Mętne, w rozgardiaszu, a jednak niepełne. Coś było, czego nie widziałem, ale usilnie czułem. W mojej głowie kłębiły się pytania. Czy oprzeć się temu i sięgnąć po nieznane? Zbuntować się, powstać? Zachłysnąć imitacją wolności, o którą sam w sobie walczę?
To było jak powstanie. Powstanie w wojnie toczącej się między dwoma parami oczu. Bitwa spojrzeń, mistyczna potyczka niepewnych. Były tak świetliste i zamglone; jak gwiazdy i jak jak otchłań. Które były prawdziwe, które były prawdziwe?
Który strzał oddany w mą stronę mógł być celny, a który ślepy? Który płomień winien dotknąć mej skóry, a który nie?
Instynktownie coś mówiło mi, że całą mą godnością jest bycie odmieńcem. Moja skóra była zwieńczona herezją, skalana; albowiem nigdy nie poczułem się w niej jak we własnej skórze. 
Czasami mą głowę nachodziły stęsknione myśli - jak to by było być takim jak inni. Jednym, właściwym. Bym to kim jestem, a to kim mam być nie stało w konflikcie rozerwalnej walki. Nie chciałem walczyć, jak cholera nie chciałem już walczyć! Biłem me pięści o szklane więzienia krat, bo więzienie paliło prądem i burzą niepogodzenia. 
Lecz chwytało mnie za serce gnębiące, acz nieodparte poczucie, że nie pozwolą mi żyć.. Zatrzymajcie ją, spalcie na stosie! Wariatka zanieczyści nasze dzieci chorobą wiedźm, obłąkanych!..
Tak, współczułem im niekiedy, że muszą z tym chodzącym absurdem, delirium, żyć. Że ma matka musi boleć tak swe dziecko. W duszy chciałem czasem zasłużyć na jej miłość. Nosić te śliczne sukienki, nader lśniące buciki i wplatać we włosy kokardy. 
Lecz nie mogę poradzić nic na to, że wszystkie sukienki podarły się w proch i strzępy, bucikom starły się obcasy, a kokardy nie potrafiły utrzymać się na mej głowie, zwiewane przez gorzki, pełen żalu wiatr losu. 

***

   - Chcę jego śmierci, ale to byłoby tchórzostwo. A brzydzę się tchórzostwa. Będę więc cierpieć - wypowiedziałem na głos. Przez chwilę mój rozgłośny szept niósł się przez pomieszczenie. Wzrok miałem utkwiony w jedną, jedyną ścianę z oknem. Za szybą panował zmrok. Kropelki czerni nieba odbijały od siebie obraz z pokoju, tworząc naprzeciw niego nieistniejące lustro. 

    - Mówiłeś coś? - po chwili zdekoncentrowany głos obok odezwał się. Obróciłem ostrożnie twarz, nie odpowiadając. Pamięć o tym, że nie jestem w pokoju sam, inni ludzie mają zdolność percepcji mnie, pozacierała się nieoczekiwanie w mojej głowie. Oni też mają wzrok? Też myślą, rozpoznają we mnie kogoś?

    Czułem jak dezorientacja zaczynała powolnie rozmywać mi racjonalne myślenie. Do moich uszu dobiegł gwar wstających z siedzeń, szum wychodzenia z sali. Podniosłem się i ja, mimo wnętrzności ciężkich, jakby były zwieńczone ze złota. Krok za krokiem, zmysły prowadziły mnie instynktownie tam gdzie zawsze. 

    Klucz przekręcił się w drzwiach. Ktoś wszedł do środka. Kot, kręcąc ogonem, przywitał się miauknięciem i poprosił grzecznie o pieszczoty. A wiolonczela sąsiada obok grała swe takty. 

    Pokój przepełnił się ciężkim zapachem. Przywoływał we mnie wspomnienie dawnego domu,  dziecięcej zabawy z nieznośnym oddechem rzeczywistości na karku. Po podłodze rozbijał się dźwięk stalowych butów. 

    Jeden but w górę, w przód, w dół. Drugi but w górę, w przód, w dół.

    Czas płynął, a ja go marnowałem. Nie mogłem się poruszyć nigdzie indziej niż gdzie sięgało moje ciało. Skupiłem wzrok na szarym kącie przy papierowej ścianie pokoju. Dlaczego nie mogę tam być właśnie teraz? Żeby tam być muszę stracić energię, muszę stracić czas, aby się przemieścić.  Muszę być tym ograniczonym ciałem.

   Idiota. Chybotliwie podszedłem do okna. Oparłem ręce na parapecie. Przejechałem nieśpiesznie po nim dłonią... Miał tak na pozór gładką strukturę, ale po chwili odkrywało się nierówności i drzazgi w jego drewnianej powierzchni. Uniosłem oczy za szklaną kurtynę okna. Z trudem, ale dostrzegłem na niebie pojedyncze, miernie świecące gwiazdy. 

    Co we wszechświecie sprawiło, że tamta energia przekształciła się w gwiazdy, a energia, którą oddycham zamieniła się w człowieka?

     Moje ręce. Niebo, niebo. Konstelacje i przestworza. Linie łączące gwiazdozbiory. Niebieskie żyły na rękach, fioletowe nadgarstki, różowe blizny.  

    W moich myślach rozpłynęły się dźwięki spokojnej gitary, granej przez te dobrze znane mi, kojące ręce. Wiem, że mogły dać mi miłość. Ale były tak nieszczere. Czy to kłamstwo z imienia ulubionego człowieka wyzwala brak wiary w każdą ludzkość? Czy to sprawia, że nie wierzysz samemu sobie? 

    W szybę uderzył krzyk. Źrenice rozszerzyły się niebezpiecznie. Ręce zaczęły tańczyć, dłonie z pasją diabła przenikały kolejne części skóry, tląc je przeklętym ogniem. Każdy płomień parzył tak, że aż niemal zdawał się lodowaty. Rodził w powietrze mglisty dym, którym zaciągały się płuca. 

    Stopy odstąpiły parę kroków w tył, by stanąć ponownie przed mistycznym, nieistniejącym lustrem. Odbijało rzeczywistość, nie wiadomo jak naprawdę rzeczywistą. Byłaby ciemna, lecz rozświetlała ją postać - żywe ognisko po środku.

Ciężar ciała przeniósł się to na pięty, to palce. Tańczyło wpierw delikatnie, stawiając apatyczne kroczki, by następnie ożyć. Ramiona przekształciły się w skrzydła, falujące i wirujące z wiatrem. Tlen zastąpiła furia, wdychana tak lubieżnie i łapczywie przez spragnione usta. Wydychały ją z nieopisanym niezadowoleniem, stąd każdy kolejny wdech był coraz bardziej intensywny i pełny. Napełniając się gorączką i fantazją, krew już nie widziała sensu przewożenia życiodajnego tlenu. Wtedy jak każda najmniejsza komórka, chciała tylko zrozumieć: dlaczego? Dlaczego? 

    Plecy wyginały się jak ten kot, rozciągający się po aksamitnym śnie. Jak wijący się wąż, kryjący w kłach letalny jad, lecz zadziwiający smukłością i elegancją. Jak chorągiew rzucana w cztery strony świata przez nieustający sztorm. Biodra kołysały na boki, by następnie postać. Serce zostało delikatnie uchwycone przez palce.  

  • - Może i ten człowiek w lustrze mógłby mi i piękny... Ale nie jest prawdziwy. Więc nie jest szczęśliwy... - dodała z wahaniem krtań.  

Stężale trwałem w otulającej przestrzeni.  

Furia otworzyła mi oczy. Przestań, przestań. Wściekłość otępiała i ulżyła, zamiast niej pojawia się tak rozpaczliwy, drapiący ból. Wyciska z oczu łzy, dzwoni w uszy paraliżującym piskiem. Paznokcie samoistnie brną do wrażliwych fragmentów skóry, by chcieć ją podrzeć, wypruć i wyrznąć. Wypuścić rubinową święconą wodę życia. Drapią opuszczone policzki, obnażoną szyję.  

    Odrywają się od piekącej cery, owijąją wokół zasłon. Syczącym odgłosem zrywają materiał; ten nie toruje teraz żadnej drogi promieniom nocy. Spokojna noc za oknami, porywcze światło księżyca na podłodze... 

    Wzrok ląduje na każdym fragmencie pokoju, każdym obrazie. Malowane twarze z wyższością zdają się patrzeć oceniająco. Ich płócienne postaci tkwią w bezruchu, ale rzucają nieme wyzwanie, jakby mówiły: nie, nie jesteś lepszym człowiekiem od nas... 

    Czas płynął. Nie miałem żadnej tratwy, łódki, choćby kawałka deski by dryfować po tej stałej, bezwględnej rzece. Nie miałem żadnego lekarstwa na rwący nurt. Musiałem poddać się jego prądom. Musiałem pozwolić im nieść moje ciało w nieznane. Zakrztusiłem się, jakby zdławiony.

    Kot tymczasem błogo spał zwinięty w kłębek na miękkiej poduszce. Wiolonczela zagrała ostatnią arię. Miałem podziurawione pazury, zgłuszoną muzykę w głowie i wiedziałem, że będę miał krew na rękach. 

    Opadłem na ziemię. Okryła mnie księżycowa poświata, galaktyczny niemy szelest. Wyraźny szept, widziałem go, czułem wewnątrz mnie. Czułem, jak daje mi znaki; mówi, że nie zaznam spokoju. Nie mam daru bycia człowiekiem, nie mam daru jego oszczędzenia.

    Rozproszenie się mnie i mojego układu nerwowego w chwili śmierci było tak nagłe, że nie zdążyłem nawet pomyśleć: czy to plugawi mnie człowiek we mnie czy plugawię go ja w człowieku?

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nadzieja