,,Jestem wreszcie wolny"
,,Nic już nie było ważne ani nieważne. Od niczego nie zależałem. Byłem wreszcie wolny.
Wszyscy siedzieliśmy w szpitalu. Było nas kilkunastu. Wszyscy odstający, inny, różniący się. Nazywano nas niepełnymi, jakoby nam czegoś brakowało do ich standardów. Niektórzy zupełnie nie radzili sobie z tą etymologią, wypierając to kim są. Inni ze wzruszeniem ramion przyjmowali ten fakt i czasem nawet twierdzili, że chcą się zmienić. Lecz pamięć bywa krótka.
Choć medycy nie mówili tak o nas wprost, to słychać było szepty między ich ustami i uszami: szaleńcy. Ci obłąkani, wydeptani. O ile kogoś na samym początku to jeszcze ruszało, teraz zdawało się niewinnym przezwiskiem codzienności. Ciężki był, oj ciężki, nasz los. Nawet ja to przyznaję. Co dopiero te wszystkie matki, łkające nad losami ich dzieci.
Rozdroża ich żywotów były pokrętne i pełne cierpienia przez ich osobliwość. Kuracja w teorii istniała i nawet znane nam wszystkim były przykłady takich jak my, którzy wreszcie wyleczyli się z tego paskudztwa. Lecz to była sposobność niepełnych; za nic w świecie nie chcieli lekarstwa. To nie tak, że pławili się w masochistycznej przyjemności nad swoim stanem. Po prostu wiedzieli i usilnie wierzyli, że terapia jest o wiele bardziej bolesna niż łagodne trwanie w strefie dyskomfortu. Dlatego w nim trwali, pogłębiając się i zapadając coraz bardziej i bardziej.
Tamtego dnia była kontrola. Stresujący dzień. Wszystkimi podświadomie motały nerwy przed awanturą i wielkim niezadowoleniem. Dreszcze przechodziły nas wszystkim na myśl o możliwych restrykcjach. Zewsząd traktowani jak psy.
Zebraliśmy się w dużej sali. Wszyscy staliśmy w jednej linii, ustawieni nazwiskami alfabetycznie. Białe ściany i sufit dawały wrażenie rozległej, pustej przestrzeni. Przez częściowo zasłonięte okna wpadały rozmyte dzienne promienie, tak samo szare jak i rzeczywistość. Dwoje pielęgniarzy stało przy nas i pilnowało porządku. Pomiędzy zebranymi słychać było niewyraźne szepty i rozmowy. Gdzieniegdzie czyjaś dłoń ścisnęła drugą, a ktoś objął kogoś obok. To wyglądało jak widok z obozu zagłady, gdzie bogu ducha winni więźniowie prowadzeni są na katorgę. Ale ci więźniowie nie byli dobrzy. Byli niepełni. Nie mogli być traktowani jak inni ludzie.
W rogu auli znajdował się gabinet lekarza ordynatora. To on zawsze przeprowadzał kontrolę. Analizował nasz stan, czy widać poprawę czy może wręcz na odwrót. Niekiedy zdarzało się, że z Ośrodka Terapii Niepełności Personalnej ktoś zostawał wyrzucony. Wtedy trafiał do o wiele gorszego miejsca - choć dalej nie potrafię go sobie wyobrazić. Czasem zdarzało się, że samoistnie ktoś odpływał. Nie zapomnę żadnego razu, gdy widziałem jak pielęgniarze wynoszą na zewnątrz nosze owinięte folią. Wtedy ciężko mi było patrzeć na dym wznoszący się z komina przyszpitalnej palarni.
Drzwi do gabinetu przyjęć otworzyły się. Ze środka rozległo się głośne: ,,proszę". A. niepewnie wszedł do środka. Asystentka poklepała go krzepiąco po plecach. Jakby porażenie prądem przeszło przez wszystkich napięcie. Z ciekawością obserwowałem wzruszenie na ich twarzach, ale także i skrzętnie zgrywaną obojętność, wyrażaną poprzez patrzenie się blado w punkt przed sobą. Na chwilę rozmowy ucichły, by po dłuższej chwili znowu miernie odżyć.
Ja nie rozmawiałem. Zawsze zachowywałem się tak jak oni; przecież jesteśmy nienormalni w tym samym stopniu. Jak dotąd, jeszcze nigdy nie otrzymałem w gabinecie dobrze rokujących wiadomości. Zawsze wyzwalało to we mnie stres, jeszcze bardziej druzgocąc mój splamiony już zaburzeniem organizm. Ale tym razem nie byłem złych myśli. Wiedziałem, że urzymywanie się ponad powierzchnią toksyn było wysoko ponad moje siły; teraz nawet i kąpanie się w basenie trucicieli okazywało się zbyt energochłonne. Zaczynałem powoli się podtapiać.
Względną ciszę pomieszczenia przerwał krzyk, a potem następny. Pielęgniarze natychmiast się obruszyli. Z gabinetu prędko została wyprowadzona wierzgająca A. Wyrywała się i szarpała jak diabli. Moje oczy widziały jak chce oderwać własne kończyny, by oderwać się od cudzego dotyku. W jednej, krótkiej chwili gdy jej twarz była mi widoczna, ujrzałem przerażenie i niemy skowyt palącego bólu. Była w naszym polu widzenia przez krótki moment. Asystenci szybko wyprowadzili Niepełną, której siły nie mogły się wprawdzie równać zdrowym ludziom. Po paru chwilach wybiegł jeszcze jeden, prowadząc zawieszoną na stojaku kroplówkę z czerwonawą substancją w środku.
Kolejne osoby zostały wywoływane do gabinetu. Kolejka powolnie szła do przodu, a towarzystwo stawało się jakby jeszcze bardziej roztargnione. Do moich uszu nieśmiało dochodziły wyzwiska, błagania i pieśni, ale nie mogłem dokładnie odczytać ich treści. Trzask złamanej kości przeszył mnie na wskroś i od tego momentu poczułem się jeszcze bardziej zgniatany. Każdy przypadkowy dotyk wydawał się palący. Moje ciało było moje, ale nie potrafiłem o nie zadbać. Bolało. Bolał każdy obwód i kabel.
Świat wydawał się bezsilny, a jednocześnie stale w ruchu
Dzienne okna zaszły niedługo nocą. Ciemna kurtyna tła wpadała w pomieszczenie, rażąc swą głębią. Stałem na przeciw szyby. Odbijała ona moje odbicie - ale nie widziałem w nim siebie. To był On. Pan. Niepełny. Nie ja.
Sznur oczekujący już od dłuższego czasu wreszcie zakręcił aż do mnie. ,,Z!" Usłyszałem swoje nazwisko. Mocny, karkołomny głos.
O cienkich stopach wszedłem do środka. Wydawały mi się tak potwornie pospolite. Diabelsko ludzkie. W myślach pulsowało pytanie: dlaczego to akurat muszę być ja?
- Witam, Z. Jak się czujesz?
Dlaczego to na mnie miało trafić? - Niepewnie.
- Chwiejesz się. Widać na pierwszy rzut oka - westchnął. - Rozbierz się i wejdź w mensograf.
Z pobłażaniem pokiwałem głową i zacząłem ściągać z siebie koszulę. Chwilę później, nagi, chłodny i rozedrgany stałem w maszynie skanującej. Przez moment trwała cisza, błoga cisza. Mój umysł napawał się nią jak złotem z nieba. Zwykle choroba szeptała mi do uszu. Teraz jej krzyki były zdławione.
- Wyjdź Z.
Wyszedłem i stanąłem przed nim prosto, a on spojrzał na mnie z litością. Miałem łagodne, spokojne oczy.
- Twoje wyniki są druzgoczące. Jesteś przykładem osoby wybrakowanej progresywnie. Nie możemy pozwolić na przebywanie kogoś takiego w naszym zakładzie.
Przez chwilę szerzej otworzyłem powieki. Analizowałem to, co właśnie do mnie powiedział. Momentalnie powietrze zaczęło wymykać mi się z płuc. Nie zdążyłem przemyśleć tego co robię, ale wtedy moje ramiona złapały silne dłonie. Uświadomiłem sobie, co ze mną będzie.
Obraz powolnie zaczął się rozmywać. Przez okno znów wpadało wczesne światło poranka. Fałdy mętnego, mdlącego dymu blokowały widzenie i zatykały drogi oddechowe. Wrzask poniewierał się po pomieszczeniu. Miałem go dość, miałem już dosyć, dosyć. Im mocniej cierpiałem, tym bardziej się wzmagał.
Ktoś na siłę usadził mnie na gabinetowej leżance. Chciałem kolokwialnie uciekać. Szybko bijące serce grało mi mocno rytm buntu i przerażenia. Na widok przejeżdżającej w moją stronę kroplówki wzmogła się we mnie histeria. Im bliżej była igła, tym mocniej pulsował ból wewnątrz mej głowy. Nie mogłem! Nie mogłem. To oznaczało koniec, to oznaczało śmierć. Nie wiedziałem co będzie później.
W jednej chwili szorstkim ukłuciem wprowadzono igłę w jedną z moich żył.
Splamiony, blady wzrok kierowałem na przeciw siebie. Nie potrafiłem wykrzyczeć, wyrazić, wyszeptać tej męki. Czy to tak wygląda agonia?
Bo zacząłem wstępować do nieba. Pora dnia za oknem ponownie uległa zmianie; teraz z nieba padał puszysty śnieg. Musiało minąć tyle czasu. Traciłem kontrolę nad tym co się wokół mnie działo. Traciłem kontrolę nad samym sobą.
Nic nie zależało ode mnie. I ja też nie zależałem już od nikogo. W końcu. W końcu nie polegałem na własnych ograniczeniach. Przestałem czuć; przestałem czuć lęk i cierpienie. Zamiast tego był tylko ból. Czysty jak kropla wody, niczym przezroczysty lód. Kroplówka zlatywała powolnie w dół. Oczy Pana przymknęły się jakby do miłego snu, a kąciki ust delikatnie drgnęły w górę.
Nie patrzyłem już na nikogo innego, nie szukałem niczego. Nic nie było już ważne ani nieważne. Byłem wreszcie wolny."
07/03/22
Komentarze
Prześlij komentarz